Recenzja - „Rozłąka” Dinah Jefferies


Słyszałam naprawdę dużo dobrego o twórczości Dinah Jefferies i wręcz nie mogłam się doczekać sięgnięcia po którąś z jej powieści. Na plus autorki świadczył też fakt, że łączy akcję swoich książek z wątkami historycznymi, do których osobiście mam słabość. W przypadku Rozłąki przenosimy się na Malaje w 1955, gdzie podczas rozruchów niepodległościowych śledzimy tragedię jednej kobiety. 

Malaje Brytyjskie, 1955 rok.
W kraju trwa stan wyjątkowy z powodu powstania malajskiego. Lydia, żona brytyjskiego urzędnika, po powrocie z podróży dowiaduje się, że jej rodzina wyjechała na północ, więc wyrusza tam, by ich znaleźć. Ta informacja jest jednak fałszywa. W rzeczywistości mąż w tajemnicy wrócił z córkami do Anglii. Wkrótce Lydia odkrywa jego kolejne kłamstwa, zdrady i sekrety. Nie może ufać nikomu, nawet najlepszej przyjaciółce, ale nie chce zrezygnować z walki o dzieci. Odizolowana w egzotycznym, ogarniętym wojną kraju, nie daje za wygraną. Zrobi wszystko, by odzyskać córki. 
Piękna powieść pełna tajemnic, intryg, romansów i dramatycznych wydarzeń. O matce, która szuka dzieci, i dzieciach, które nie wierzą, że zostały porzucone.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

W 1955 roku na Malajach Brytyjskich żyje małżeństwo z dwójką uroczych córek, które są dla ich matki całym światem. Gdy kobieta otrzymuje prośbę o wizytę od chorej przyjaciółki, mimo panujących na półwyspie walk i niebezpieczeństw czyhających na podróżnych, postawia ruszyć w drogę, zostawiając dzieci pod opieką męża. Lydia nie zdaje sobie jednak sprawy, że zanim wróci do domu, Alec w sekrecie opuści Malaje i wyruszy do Anglii, zostawiając ją samą na Malajach. Kobieta jest zdeterminowana odnaleźć rodzinę, jednak na czeka ją wiele niepowodzeń i fałszywych tropów. Czy mimo to uda się jej jeszcze zobaczyć córki?

Dinah Jefferies od pierwszych rozdziałów rozkłada akcję na dwie perspektywy - z jednej strony czytelnik ma szansę śledzić wydarzenia na Malajach oczami Lydii, a z drugiej żegluje z Emmą do Anglii i obserwuje, jak trudno poradzić sobie dziewczynce w nowym życiu. Zdecydowanie dobrze udało się uchwycić pisarce rysę historyczną powieści. Malaje Brytyjskie przedstawione przez autorkę, gdy na półwyspie toczyły się ciągłe walki, nie tylko urzekają swoim opisem, ale także podnoszą tempo akcji. Z powodu czasów, w których toczy się akcja, czytelnik wraz z główną bohaterką odczuwa zagrożenie czające za każdym rogiem i obawy o przyszłość, jaka ich tu czeka. Rozłąka jest przepełniona emocjami, z jednej strony czułam obawę, czy Lydii uda się odnaleźć rodzinę, a z drugiej martwiły mnie losy Emmy. To sprawiło, że obie narracje intrygują czytelnika i trzymają jego zainteresowanie. Nie wspominając, że poza tym czeka go odkrycie wielu spisków i tajemnic, w które uwikłana jest główna bohaterka.

Autorka świetnie sobie poradziła kreując postać Lydii i tworząc z niej kobietę o złożonym charakterze. Generalnie Dinah Jefferies tak rozpisała swoich bohaterów, że trudno się do nich nie przywiązać. Choć skupia się na Lydii i Emmie to i pozostałe postaci nie zostały zaniedbane, mimo że znalazło się kilka takich, których przeszłość z chęcią poznałabym bliżej. To sprawia, że chociaż czytelnikowi wydaje się, że zna danego bohatera, okazuje się, że jego motywy były dużo bardziej złożone, niż mogło się wydawać. I mimo że - jako odbiorca tej powieści - nie mogę wybaczyć Alecowi, to i jego motywy staną się bardziej klarowne w drugiej części książki. 

Podsumowując Rozłąka to świetna powieść obyczajowa, przy której nie da się nudzić. Dinah Jefferies świetnie poradziła sobie nie tylko z przedstawieniem emocji bohaterów, ale także z zarysowaniem tła historycznego wydarzeń. Co więcej mogę powiedzieć? Gorąco polecam.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: sierpień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,48/10
Ilość stron: 448
Okładka: miękka
Data wydania: 19 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Anna Sawisz
Cena (z okładki): 39,99 zł

[...] wyobraziła sobie cienką linię, która przecina świat na pół. Taka niewidzialna nitka... 
Jeden jej koniec przyszyty do serca mamy, a drugi do... cokolwiek się zdarzy,
 ta nitka nigdy nie zostanie zerwana

Za egzemplarz do recenzji dziękuje Wydawnictwu HarperCollins Polska


Porozmawiajmy o... tym czy warto czytać serie w odpowiedniej kolejności

Dziś będzie szybko, sprawnie i na temat, bo i sam temat nie jest rozbudowany ;). Ostatnio po lekturze Alight Scotta Siglera i naskrobaniu recenzji (tradycyjnie) weszłam na LC, żeby sprawdzić opinie. Jest to poniekąd mój substytut rozmowy o danej powieści, bo w moim otoczeniu ludzie wcale tak chętnie nie sięgają po książki, a jeśli już to rzadko pokrywają nam się tytuły. Ale wracając do tematu - znalazłam opinię, zaczynającą się od tego, że autor/ka nie zna pierwszego tomu serii. Stąd inspiracja do dzisiejszych rozważań.

Serie czy "jednotomówki" i dlaczego?
Teoretycznie akapit zupełnie zbędny w odniesieniu do tytułu posta, ale jak już jesteśmy w temacie to jestem ciekawa Waszych odpowiedzi :D. Nie chodzi mi tu o opinie, że to zależy od książki, bo... no cóż to raczej oczywiste (w myśl jeśli coś jest dobre, niech trwa oraz więcej nie znaczy lepiej), ale bardziej ogólny zarys. Osobiście jestem zwolenniczką serii, bo mam wrażenie przy większości powieści jednotomowych zwykle mam żal, że autor nie pokusił się na rozwinięcie któregoś wątku. Wiąże się z tym fakt, dlaczego tak bardzo lubię seriale - po prostu jeśli coś mnie do siebie przekona, nie lubię kończyć naszej wspólnej przygody. 
Weźmy jako przykład serię Patricii Briggs o Mercedes Thompson. Aktualnie jestem po 9 tomach (przeczytanych częściowo w oryginale) i dalej nie mam dość. Podobnie zresztą wygląda sytuacja w przypadku Anne Bishop, Ilony Andrews czy Brandona Sandersona, a mówimy tu tylko o tych w trakcie pisania. Chyba jeszcze nie zdarzyło mi się żałować, że cykl ma zbyt wiele części, ponieważ jeśli coś podbije moje serce to z przyjemnością wracam na spotkania z moimi ukochanymi bohaterami. Natomiast jeśli nie... cóż nigdy nie mam problemu z odrzuceniem kontynuacji, jeśli poprzednie tomy uważam za średnie. To wcale nie oznacza, że nie lubię powieści jednotomowych, bo w zależności od poruszanego przez autora tematu, z reguły są one w zupełności wystarczające, ale jeśli miałabym wybierać - zawszę wezmę stronę serii :D.

Prequele, sequele i inne takie
Teoretycznie nie należą do oryginalnej - weźmy jako przykład - trylogii, to jak to z nimi jest? Czytać jak się chce, czy może warto by zacząć od prequelu, przejść przez bazowy cykl, a dopiero później sięgać po kontynuację? Ja zwykle tak robię, jeśli zaczynam serię, gdy takie dodatki już się pojawiły (co zdarzało się niezwykle rzadko). Nie mam nic przeciwko poznaniu wydarzeń sprzed pierwowzoru w dowolnym momencie, bo szansa na zaspojlerowanie sobie jakiś ważnych elementów, choć istnieje, to jest nikła. Natomiast nie wyobrażam sobie sięgnięcia po np. Trylogię Zdrajcy, przed Trylogią Czarnego Maga. Nawet pomijając, że moim zdaniem ta druga była znacznie lepsza, to przecież automatycznie wiedziałabym, kto przeżyje wielką bitwę, czyli cały mój zachwyt finalnymi scenami szlag by trafił (ci, którzy czytali Canavan, na pewno wiedzą, o co mi chodzi). Podobnie jest z dodatkami - jeśli już mam na nie ochotę, to dopiero na sam koniec. 

To jak jest z tą kolejnością?
Tak ogólnie - kto z Was sięga po serie nie w kolejności, w jakiej zostały wydane, ale na chybił trafił? Dlaczego? I nie zadaję tego pytania z ironią, autentycznie jestem ciekawa, bo ja nie potrafię sobie tego wyobrazić.
Nie dlatego, że przez to nie poznam przeszłych wydarzeń, bo bądźmy szczerzy, autorzy na tyle często wracają lub nawiązują do nich w dalszych tomach, że czasami czytając je jeden po drugim, można wręcz się zirytować. Ale nadal, jeśli książka okazałaby się ciekawa, nie mogłabym sobie wybaczyć, że nie zaczęłam od pierwszego tomu i nie poznałam tej historii od początku d końca, nie widząc co się wydarzy.
Trochę inaczej ma się sprawa z wielotomowymi kryminałami, w których część wspólną stanowi z reguły maksymalnie trzech bohaterów. Uwielbiam Alex Kavę za jej serię thrillerów psychologicznych z Maggie O'Dell i ten cykl zaczęłam od samego początku i czytam po kolei. Jednak zabrałam się również za lekturę Pętli Faye Kellerman, będącą bodajże szóstą częścią przygód o detektywie Decekrze i nie przeszkadzał mi  ten fakt podczas czytania. To jednak nie znaczy, że zupełnie nie odczułam braku znajomości poprzednich tomów. A skoro tak było przy powieści, która praktycznie nie skupiała się na wątkach osobistych, ale na rozpatrywanej sprawie, to jak można wpaść w sam środek fabuły i tego nie czuć? Co więcej czy można z czystym sumieniem krytykować fabułę, skoro nie ma się jej pełnego obrazu?

Kto z Was ma podobne zdanie? Kto zupełnie się ze mną nie zgadza? ;)




Recenzja - „Popiół za popiół” Jenny Han, Siobhan Vivian


Trylogia Ból za ból to jedna z tych, które wywołują we mnie dość specyficzne odczucia. Z jednej strony naprawdę ją lubię, ubóstwiam wątki Lilli i Kat, ale Mary doprowadza mnie do białej gorączki. Stąd do powieści Popiół za popiół podeszłam jak do jeża - chętnie, ale z dużą gamą ostrożności. Jak się okazało, słusznie.

Wydaje ci się, że Mary, Kat i Lillia nie mają nic do stracenia? Przemyśl to jeszcze raz...
Chciały tylko naprawić krzywdy, które im wyrządzono. Odpowiedzieć ogniem za ogień. Ale raz wzniecone płomienie szaleją niepowstrzymane. Sieją zniszczenie, a nawet śmierć. Wszystko zamieni się w popiół, jeśli dziewczyny nie zakończą tego, co rozpoczęły. Ale czy Mary, która w końcu poznała prawdę o sobie, będzie tego chciała?
Połączyły je tajemnice. Prawda może rozdzielić je na zawsze.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Ehh... nawet nie wiem od czego zacząć. Mam ogromny problem z oceną tej powieści, a ponieważ to ostatni tom, wiąże się z tym również problem z oceną całej tej serii, jako całości. Być może to kwestia mojego podejścia do tej historii, ale zupełnie nie odpowiada mi wprowadzenie przez autorki wątku paranormalnego. Musiałabym jeszcze raz przeczytać pierwszą część, żeby sprawdzić, czy się mylę, ale aktualnie wydaje się on wepchnięty tam na siłę. I jest naprawdę zupełnie zbędny. Przez to historia, która była naprawdę dobrze skonstruowana, zaczęła walić się jak domek z kart. Przestawienie Mary ze słodkiej, skrzywdzonej dziewczyny na mściwego ducha, sprawiło, że miałam ochotę walić głową o ścianę, bo poziom absurdu przekroczył moje granice. Czytanie jej wywodów już wcześniej było męczące, ale teraz po prostu nie mogłam jej znieść.

Co ciekawe, dla kontrastu, nadal naprawdę podobały mi się wątki Kat i Lilli, zwłaszcza związek tej drugiej. Mocno trzymałam za niego kciuki i gorąco im kibicowałam, ale autorki tak poprowadziły ich losy, że teraz nawet one nie ocieplają moich uczuć. Znajomi głównych bohaterów zeszli na dalszy plan, a fabuła skupiła się głównie na dziewczynach, przez co część wątków wydała mi się zbyt rozciągnięta i głównie zapychała tę powieść nieistotnymi detalami.

Nie wiem, co jeszcze mogę napisać, bo dominującym uczuciem po zakończeniu tej lektury jest po prostu rozczarowanie. Głęboko ubolewam nad finale trylogii Ból za Ból. Autorki z całkiem dobrej historii zdecydowały się zrobić farsę, która zupełnie do mnie nie przemawia. Coś, co z przyjemnością polecałam Wam poprzednimi razy, tym razem pozostawię bez komentarza. Jeśli jesteście gotowi zmierzyć się zamysłem autorek, dalej, może akurat Wam się on spodoba. Ja natomiast postaram się zapomnieć, że tak dobrą serię, można było tak zrujnować.

Moja ocena: 4/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,38/10
Okładka: miękka
Ilość stron: 373
Data wydania: 20 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Andrzej Goździkowski
Cena (z okładki): 34,90 zł


Ból za ból | Ogień za ogień | Popiół za popiół 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Stosik #21, podsumowanie lipca i garść zdjęć



Początki lipca skupiały się na końcówce sesji, potem pakowanie, wyjazd i powrót ;). Z tego wszystkiego poprzedni miesiąc miałam na początku dość intensywny, a później dwa tygodnie spędziłam wylegując się na plaży. Południowa Dalmacja jest przepiękna i byłyby to wakacje idealne, gdyby tylko... na całym półwyspie nie panowała aktualnie plaga os, których okrutnie się boję nienawidzę. Tak jak zawsze w Chorwacji nie spędzałam w domku ani godziny poza snem, tak tym razem nie dało się wyjść spokojnie, bo momentalnie zlatywał się rój - mówię Wam, prawdziwy dramat. Dobrze, że po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy plażę, gdzie te cholery pojawiały się tylko sporadycznie, więc co rano pakowaliśmy cały nasz majdan w samochód i wio. Widoczki za to były wspaniałe (co mieliście okazję zobaczyć przy okazji recenzji Blisko ciebie), więc pokażę Wam kilka zdjęć ;). 
Uliczki Korculi <3
 
Nasz domek u stóp góry, prawie po środku niczego. W nocy w okół chodziły sobie kojoty :'D
Osy. W okół domku porozwieszane było z pięć takich butli O.o
Ale wracając do rzeczy... 

Stosik #21
Tak jak byłam silna (a przynajmniej to ograniczyłam) z niekupowaniem książek od początku roku to wakacyjne promocje podbiły moje serce no i nie mogłam się powstrzymać ;). Stąd przybyło mi aż 10 nowych powieści.
  • Kasie West Blisko ciebie - autorka podbiła moje serce Chłopakiem z innej bajki, więc musiałam sięgnąć i po kolejną jej książkę, która notabene również okazała się świetna (RECENZJA). Egzemplarz od Wydawnictwa Feeria Young
  • Dinah Jefferies Rozłąka - słyszałam dużo dobrego o poprzednich powieściach pisarki, dodajcie do tego intrygujący opis, i już wiecie dlaczego ta książka do mnie trafiła. Od Wydawnictwa HarperCollins Polska
  • Jenny Han, Siobhan Vivian Popiół za popiół - zakończenie trylogii Ból za ból. Polubiłam tę serię (gdyby nie ten jeden nieszczęsny wątek), ale to mnie trochę dobiło - więcej w recenzji, która powinna pojawić się na dniach. Kolejna powieść od Feeri Young.
  • Diana Gabaldon Obca - na tę książkę miałam ochotę od dłuższego czasu, a że Świat Książki przecenił ją na 15 zł, to jak mogłam się powstrzymać? :D A skoro zamawiałam już tę, to jak mogłam się oprzeć innym...
  • Leigh Bardugo Królestwo kanciarzy - nie żebym nie przeczytała jeszcze poprzedniego tomu, ale hej, przezorny zawsze ubezpieczony, a jak już robić zakupy to z rozmachem... dlatego to samo tyczy się dwóch kolejnych pozycji ;)
  • Sarah J. Mass Imperium burz
  • Erika Johansen Losy Tearlingu
  • Tarryn Fisher Bad Mommy - pokochałam autorkę za Mimo moich win, więc nie mogłam się nie skusić i na jej najnowszą książkę. Efekt zakupów na Arosie.
  • Neal Shusterman Głębia Challengera - lata temu czytałam Podzielonych, których dobrze wspominam, ale to nie to mnie przekonało do sięgnięcia po tę powieść. Bardziej była to tematyka choroby psychicznej i ciekawość, jak postanowi ją ukazać autor. Aros
  • Jill Santopolo Światło, które utraciliśmy - zakochałam się zarówno w opisie, jak i okładce, stąd to jedna z niewielu książek, które kupiłam w ciemno. Jestem już po lekturze i absolutnie nie żałuję. Również zakup na Arosie
Podsumowanie lipca
W poprzednim miesiącu przeczytałam 11 książek, około 3 384 strony, statystycznie 110 dziennie. To z jednej strony świetny wynik, a z drugiej czuję pewien niedosyt. Przez dwa tygodnie byczyłam się na plaży i naprawdę nie wiem, dlaczego nie czytałam. Może dlatego, że zaczęłam od Światła, które utraciliśmy i od początku wiedziałam, że ta historia mnie przygnębi. W rezultacie, choć uważam ją za rewelacyjną, męczyłam ją chyba z tydzień. Mam nadzieję, że przez resztę wakacji uda mi się przynajmniej trochę wyczytać mój powiększający się stos zaległości ;).
    
   
  
Część recenzji mam już zaczętych, część w ogóle się nie pojawi - tradycyjnie. Poza dwiema podlinkowanymi wyżej, dodatkowo na blogu pojawiły się również dwie inne opinie:
 

Najlepsza książka
Szczerze mówiąc w lipcu przeczytałam masę świetnych powieści, ale na prowadzenie wysuwa się chyba Światło, które utraciliśmy, głównie ze względu na absolutnie ujmującą formę narracji. Nie wspominając o tym, że Jill Santopolo po prostu złamała mi serce.

Najgorsza książka
Niestety Popiół za popiół. Wyjaśnienie oczywiście znajdziecie w recenzji, jednak autorki wyjątkowo zdenerwowały mnie swoimi pomysłami. To jakby nie mogły się zdecydować w jaki gatunek pójść, więc postawiły na paranormalne wstawki, które wypadły wręcz tragicznie. Być może to kwestia mojego nastawienia, ale dla mnie ta kombinacja zupełne nie podziałała. 


Blogowo:
Liczba wyświetleń: 1 632
Obserwatorzy: 311
Dodane posty: 4
Facebook: 364

Recenzja - „Blisko ciebie” Kasie West

Poprosiłam tatę żeby zrobił zdjęcie idąc na wieczorne pływania, jak Wam się podoba jego dzieło? :D

Książki! Tu wszędzie było pełno książek. Wystarczyłoby chwycić jedną z nich. 
Zaszyć się w jakimś kącie i czytać, dopóki ktoś mnie nie znajdzie.


Twórczość Kasie West miałam okazję poznać dopiero przy Chłopaku z innej bajki (wcześniejsze książki autorki jeszcze przede mną) i było to spotkanie niezwykle przyjemne. Stąd, gdy zobaczyłam, że Wydawnictwo Feeria szykuje się na wydanie kolejnej jej książki, byłam bardzo szczęśliwa i po prostu wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

Autumn spotyka nieprzyjemna sytuacja: przez przypadek zostaje zamknięta w szkole bibliotece na cały weekend. Gdy wydaje jej się, że gorzej już być nie może, okazuje się, że ma towarzysza. Dax to gość, o którym niewiele wiadomo, poza tym że nie cieszy się dobrą opinią: ciągnie się za nim wspomnienie bójki i poprawczaka. Autumn cały czas ma nadzieję, że Jeff, jej prawie-chłopak, odgadnie, co się jej przydarzyło, i zaraz po nią wróci. Ale Jeff nie przychodzi. Nikt jej nie szuka.
Wygląda więc na to, że Autumn spędzi następne dni, jedząc przekąski z automatu i gadając z gościem, który ewidentnie nie ma na to ochoty. Na początku rozmowa się nie klei, ale gdy Autumn i Dax stopniowo otwierają się przed sobą, dziewczyna widzi, że coś między nimi iskrzy... i zaskakuje. Ale czy poza szkolną biblioteką ich uczucia mają szansę na przetrwania? Czy każde pójdzie swoją starą drogą, czy może… wyruszą wspólną ścieżką?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)


Czy w którymś momencie życia każdego książkoholika nie pojawiło się u niego takie marzenie, żeby dać się zamknąć w księgarni lub bibliotece i uzyskać nieograniczony dostęp do książek? Przyznam szczerze, że mignęło mi to przez myśl raz czy dwa. Mogłoby się więc wydawać, że Autumn znalazła się w idealnej sytuacji, nic tylko skakać z radości, prawda? No nie do końca... Jeśli dołożymy do tego fakt, że na zewnątrz szaleje śnieżyca, dziewczyna nie ma możliwości kontaktu z nikim, zapowiada się że posiedzi tam dłużej niż jeden dzień, a dodatkowo ma towarzysza, do którego żywi nie zbyt ciepłe uczucia to jej sytuacja nabiera całkiem nowego wyrazu. No i jest jeszcze ten mały szczegół, że bohaterkę dotykają stany lękowe w stresujących stacjach które potrafią naprawdę skomplikować życie dziewczyny, zwłaszcza że trzyma je w tajemnicy przed swoimi przyjaciółmi.. Krótko mówiąc Autumn czeka kilka naprawdę trudnych dni.

Po Chłopaku z innej bajki miałam wiele dobrego do powiedzenia na temat książki Kasie West i po lekturze Blisko ciebie to się nie zmieniło. Powieście autorki są po prostu przesycone pozytywną energią, że należą do tej szczególnej grupy historii, które pozostawiają we mnie to miłe uczucie wewnętrznego ciepła. Nawet jeśli teoretycznie fabularnie nie mamy do czynienia z niczym nowym, jednak to nie znaczy że powieść jest przewidywalna. Osobiście samego końca nie byłam pewna, Jak Kasie West zdecyduje się po kierować tą historią, mimo że w mojej głowie rozgrywały się najróżniejsze scenariusze.

Zakochałam się w Daxie. Chyba już kilka razy wspominałam, że uwielbiam outsiderowych bohaterów, zwłaszcza takich, którzy nie odkrywają swoich kart od razu.  Pod tym względem – przy kreacji tej postaci – Kasie West spisała się na medal. Również Autumn  nie irytuje swoim zachowaniem. Dziewczyna zmaga się ze swoimi problemami - jak każdy z nas - co przybliża ją do czytelnika i czyni osobę, którą moglibyśmy spotkać na swojej drodze. Warto wspomnieć, że mimo mnogości postaci, tak naprawdę czytelnikowi dalej jest poznać dobrze troje z nich: Atumn, Daxa oraz Jeffa. Względnie nakreśleni są również najlepsi przyjaciele głównych bohaterów, czyli Lisa i Dallin czy rodzina dziewczyny. Pozostali tworzą bardziej tło tej historii, gdyż stanowią niezbędnego elementu, niemniej jednak urozmaicają temu połowy i dodają jej dodatkowego charakteru. Można by się kłócić, czy to dobrze, że Kasie West wprowadziła tak wielu bohaterów, nie mając najwyraźniej zamiaru rozbudowywać ich porterów. Na plus na pewno świadczy fakt, że po zakończonej lekturze nie odczułam żadnego niedosytu, ale też z drugiej strony nie jestem fanem występowania zbędnych postaci, gdy fabuła tak naprawdę tego nie potrzebuje. Autorka ma wyjątkowo lekki i przyjazny dla czytelnika styl pisania, więc i sprawnie między nimi lawiruje. Jednak nie mogę odpędzić się od pytania, czy naprawdę oni wszyscy byli tam niezbędni.

Podsumowując choć Chłopak z innej bajki podobał mi się minimalnie bardziej, to Blisko ciebie stanowczo trzyma dobry poziom innych książek autorki. Powieści Kasie West są idealne na długie letnie dni, gdy będziecie mieli ochotę na dobrą, lekką opowieść. Ja zdecydowanie będę dobrze wspominać tę książkę i bez wahania sięgnę po inne historie pisarki.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,35/10
Ilość stron: 390
Okładka: miękka
Wydawnictwo: Feeria Young
Data wydania: 5 lipca 2017 r.
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 37,90 zł



-Chciałbyś może zagrać o coś? - zapytałam, patrząc w jego ciemne oczy.
-Ustaliliśmy już, że nic nie masz - odparł.
-Moglibyśmy zagrać o tajemnice. O pytania.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książkę możecie kupić między innymi na empik.com

Recenzja - „Dręczyciel” Penelope Douglas

Wczoraj miało trwać wiecznie.
Jutro miało nigdy nie nadejść.

Nie tak dawno miałam okazję przeczytać Corrupt tej autorki i byłam naprawdę zachwycona. Z racji tego, kiedy zobaczyłam, że Editio planuje wydać kolejną książkę Penelope Douglas podjęłam jedną z niewielu ostatnio decyzji w ciemno i natychmiast zamówiłam sobie Dręczyciela. Nie do końca tego oczekiwałam, ale... zdecydowanie nie żałuję tej decyzji.

Tate i Jared znali się od dzieciństwa. Łączyła ich przyjaźń, byli sobie bliscy. Wszystko się zmieniło, gdy oboje mieli czternaście lat. Z dnia na dzień Jared zaczął dręczyć Tate — bez wyraźnego powodu. Upokarzał ją, poniżał, robił wszystko, aby zrujnować jej życie. Im bardziej Tate schodziła mu z drogi, tym bardziej sadystycznie ją prześladował. Wreszcie Tate uciekła na rok do Paryża. To ją odmieniło: przestała być przerażoną, zaszczutą dziewczynką, stała się młodą, pewną swojej wartości kobietą. Stała się silna, bardzo silna i zdecydowana. I postanowiła, że nie pozwoli więcej się dręczyć. Wreszcie była gotowa podnieść głowę i nie cofać się przed swoim prześladowcą. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Gdy przyjaciel staje się wrogiem, ma ogromną przewagę. Zna wszystkie sekrety, lęki, myśli swojej ofiary i wie, co zaboli najmocniej.
(Źródło: Wydawnictwo Editio)

Po czym poznaję po prostu dobrą książkę? Choć zabrzmi to trochę śmiesznie - nie lubię o nich pisać. W tym momencie pewnie większość z Was zadaje sobie pytanie dlaczego tak jest i co ja w ogóle tu gadam. Widzicie, nigdy nie mam problemu z rozpoznaniem słabej powieści, bo już podczas czytania zastanawiam się czemu właściwie mam skłonności masochistyczne i kontynuuję taką lekturę wbrew wszystkiemu, co każe mi odłożyć ją na półkę i już nigdy nie patrzeć w tamtym kierunku. Rewelacyjne powieści to te, które sprawiają, że nie widzę w nich żadnych wad, niezależnie od tego ile czasu minęło od chwili, gdy zabierałam się do czytania. O co więc chodzi z dobrymi? Są to takie historie, kiedy po skończeniu chcę się podzielić wszystkimi pozytywnymi odczuciami (bo tylko takie mi towarzyszyły), ale jak przychodzi do pisania recenzji, to z grymasem na twarzy uświadamiam sobie, że choć nie przeszkadzały mi pewne wady, to ostatecznie nie da się ich nie zauważyć i jednocześnie o nich nie wspomnieć. A skoro już zaczęłam tę opinię od tego obszernego wytłumaczenia, to chyba możecie się domyślić, dlaczego nie mam ochoty na przeprowadzanie analizy Dręczyciela.

Penelope Douglas postawiła w swojej książce na znany i generalnie lubiany motyw - od miłości do nienawiści, co stosunkowo dobrze jej wyszło. Dziecięca przyjaźń pomiędzy Jaredem i Tate zdecydowanie położyła dobre podwaliny pod późniejsze wydarzenia z tej powieści i nadała im realności. Cieszę się, że autorka wykorzystała w książce motyw wyścigów samochodowych, bo podniosło to poziom adrenaliny w historii i było miłym akcentem, dobrze wpisującym się w relację głównych bohaterów, a jednocześnie zapewniając mi pewną odskocznię od ich utarczek. Dodatkowo z niecierpliwością odwracałam kolejne kartki, żeby dowiedzieć się, jaką właściwie tajemnicę kryje Jared i co skłoniło chłopaka do tak drastycznej zmiany zachowania w stosunku do Tate.

Dręczyciel to powieść, którą po prostu dobrze się czyta - przynajmniej mi. Lubię pióro Penelope Douglas i choć z moich doświadczeń wynika, że pokazana tu historia nie jest jej najlepszą, to czasami po prostu wystarcza mi fakt, że przepadam za stylem danego autora. Nikt nie nazwałby tej powieści odkrywczą, rewolucyjną czy przełomową, ale mimo to przyjemnie się spędza przy niej czas. Akacja toczy się dość watko, nie ma tu zbędnych przestoi czy opisów, a relacje pomiędzy bohaterami szybko się zmieniają.

Główną wadą tej powieści jest jej przewidywalność, czyli przy minimalnym wysiłku da się domyślić większości znaczących wydarzeń, które serwuje nam autorka. Nie odczułam tego podczas czytania, ale też prawda jest taka, że połknęłam Dręczyciela dosłownie w jeden wieczór - nie odkładałam tej książki na bok, nie robiłam przerw, więc też nie zastanawiałam się, jak właściwie może potoczyć się akcja. Jednak patrząc na fabułę zabrakło jakiegoś zawrotnego zwrotu akcji, czegoś co podniosłoby mi ciśnienie i zapewniło trochę więcej emocji. To sprawia, że nie jestem pewna, co tak naprawdę trzymało mnie w napięciu przez całą tę historię.

Ostatecznie Dręczyciel Penelope Douglas to książka niewymagająca, która po prostu mi się podobała. Nie znajdziecie tu żadnych przełomowych rozwiązań fabularnych, ale i nie zawsze są one potrzebne. Choć moje zadowolenie zblakło z czasem, to tę powieść wspominam bardzo dobrze i jeśli tylko szukacie czegoś lekkiego do czytania, to polecam rozejrzeć się za Dręczycielem.

Moja ocena: 6+/10

Skończyłam czytać:  luty 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,8/10
Okładka: miękka
Ilość stron: 305
Data wydania: 15 lutego 2017 r.
Wydawnictwo: Editio
Tłumaczenie: Marta Czub



Byłeś moją burzą, moją chmurą gradową, moim drzewem w ulewie. Kochałam te wszystkie rzeczy i kochałam ciebie. Ale teraz? Jesteś jak pieprzona susza. Myślałam, że palanci jeżdżą tylko niemieckimi samochodami, ale okazało się, że dupki w Mustangach też mogą zostawić blizny.

Recenzja - „Alight. Rozpaleni” Scott Sigler

Tu mieszka śmieć. Śmierć mieszkała też na ,,Xolotlu".
Być może śmierć mieszka wszędzie. 

W zeszłym roku miałam przyjemność poznać twórczość Scotta Siglera, dzięki pierwszej części Trylogii Generacje, czyli Alive. I choć zachwyt widoczny w recenzji tamtej powieści zdążył odrobinę zblaknąć z czasem, wciąż nie mogłam się doczekać, aż w moje ręce trafi kontynuacja. Miałam nadzieję, że autorowi uda się podtrzymać aurę tajemnic i zaskoczy mnie jeszcze niejednym zwrotem akcji.

Recenzja może (i prawdopodobnie) zawiera spojery dotyczące pierwszego tomu.

M. Savage, zwana Em, przewodzi grupie dzieciaków, które obudziły się w dziwacznych trumnach, w tajemniczym pomieszczeniu, nie wiedząc, kim są ani jak się tam znaleźli. Krok po kroku, niebezpieczeństwo po niebezpieczeństwie, odkryli swoją tożsamość i prawdę o tym, co ich czeka. Stworzono ich jako ciała dla Starszych, przeciwko którym się zbuntowali. Znajdują się na statku kosmicznym, który pędzi na planetę Omeyocan, gdzie ma czekać na nich lepsza przyszłość. Ale planeta, na której mają żyć, okazuje się nie być tym wyczekanym i wytęsknionym rajem. Ślady wymarłej cywilizacji są przerażające i złowieszcze, a w dżungli kryje się nowy wróg. I nie ma dokąd uciec. 
Em i jej towarzysze stoją przed wyborem: walka albo śmierć. A gdy w ich szeregach coraz większe poparcie zyskuje niebezpieczny fanatyk wielbiący krwiożerczego boga, naprawdę zaczyna im grozić zagłada... 
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Kilkakrotnie już wspomniałam, że jestem zagorzałą fanką fantastyki, jednak z reguły nie obejmuje to literatury science-fiction. Nie przemawiają do mnie podróże kosmiczne, wymyślne technologie oraz różnorakie wersje kosmitów. I pewnie gdybym od początku wiedziała, że to w tę stronę skłoni się Scott Sigler, to wolałabym raczej obejść Trylogię Generacje szerokim łukiem - co okazałoby się ogromnym, wręcz gigantycznym błędem. 

Przychodzi taki moment dla prawie każdego, zagorzałego czytelnika, że wydaje się nam, że już nic nie może nas zaskoczyć. Nadal doceniamy innowacyjne rozwiązania i dobrze skonstruowane światy, ale gdzieś brakuje tego efektu wow i opadania szczęki. Wynika to ilości poznanych książek i przemaglowania wręcz setek scenariuszy, co sprawia, że - przynajmniej w moim przypadku - po zaczęciu każdej nowej lektury, automatycznie pojawia mi się w głowie prawdopodobny tok fabuły. I niestety częściej mam rację, niż się mylę. Pod tym względem Scott Sigler jest rewelacyjnym pisarzem, ponieważ ten autor nie trzyma się utartych schematów i wciąż zrzuca na czytelnika kolejne bomby fabularne. Przy Alight naprawdę nie da się nudzić, bo nie dość, że akcja toczy się niesamowicie wartko, to w dodatku kolejne odsłaniane tajemnice tylko rozbudzały mój apetyt na kontynuowanie tej książki. 

Zarówno tu, jak i w pierwszej części, na plus działa atmosfera panująca w powieści. Z jednej strony mamy wrażenie, że Em dręczy paranoja, a z drugiej jej rozterki są całkiem logiczne. Wraz z główną bohaterką czytelnik zaczyna kwestionować motywy wszystkich wokół, nie mogąc do końca zaufać żadnej z postaci, w tym samej Em. Czytelnik w każdej chwili spodziewa się zagrożenia i wyczekuje tego momentu, gdy autor postanowi odkryć przed nim wszystkie sekrety danego bohatera. Sigler rozpatrując jak wiele łączy Urodzinowe dzieci ze Starszymi stawia jednocześnie pytanie - jak duży wpływ maja na nas wspomnienia? Czy to one i wychowanie determinują ludzi, którymi się stajemy? Czy fakt, że u dwojga ludzi są identyczne, sprawia że stają się one tym samym człowiekiem? Czy jeśli urodzinowe dzieci zostały stworzone w jednym celu, to oznacza, że Starsi mają prawo ich nadpisać? Sam fakt, że po lekturze zostały mi takie rozterki kwalifikuje Alight jako świetną powieść. 

Podczas czytania przyszedł do mnie w końcu taki moment, gdy obserwowałam kolejne nieszczęścia spadające na Em, że miałam ochotę powiedzieć Scott sthap, już wystarczy. Głowna bohaterka, jako przywódczyni musiała sobie radzić z całą masą komplikacji i problemów od momentu wylądowania na Omeyocanie. Jeszcze nie zdąży rozprawić się z jednym, gdy na jej głowę spada kolejny. W dodatku Sigler uczynił ją bardzo ludzką, bo nie dość, że nie wie komu może zaufać, to w dodatku popełnia błędy, jak każdy z nas. Przychodzi taka chwila, że bohater podejmuje jakąś  decyzje a ty masz ochotę wskoczyć do książki, zdzielić go po twarzy i powiedzieć nie, bo wiesz że wyjdzie mu to bokiem. Tak właśnie było ze mną i Em.

Scott Sigler świetnie poradził sobie z zarządzaniem tak dużą ilością bohaterów, a czytelnik w tym tomie zaczyna faktycznie łapać, kto jest kim. Dokładając do tego to, co tak bardzo podobało mi się w Alive - czyli atmosferę grozy, niepewności i paranoi - sprawił, że Alight to nie tylko rewelacyjna kontynuacja, ale po prostu świetna książka. Tu nie będziecie mieli okazji, żeby się nudzić, bo pisarz przygotował dla czytelnika całe mnóstwo zwrotów akcji. Nawet jeśli, tak jak ja, nie jesteście fanami science-fiction, warto dać Trylogii Generacje szansę - być może podbije Wasze serce tak, jak zawładnęła moim. 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,2/10
Okładka: miękka
Ilość stron: 488
Data wydania: 14 czerwca 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Marek Cieślik




Budzi mnie nagły, przeszywający ból.
Otwieram oczy w ciemności. C a ł o w i t e j ciemności. Moje myśli dziwnie blokują się w głowie.
Ból szyi tam, gdzie zaczyna się ramię, już mija. Pamiętam podobne użądlenie, tylko dużo gorsze. Tamtego dnia... miałam zdaje się urodziny? Chyba tak. D w u n a s t e urodziny.
Przeszywa mnie zimny dreszcz - to się już raz zdarzyło.


Alive. Żywi  |  Alight. Rozpaleni

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książki możecie nabyć między innymi na empik.com



Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka